W dniach: 26.06 2010 - 10.07.2010 odbył się I Młodzieżowy Rejs Morski Kopenhaga 2010.
Jacht:
s/y Dar Świecia PZ-2317, szkuner sztakslowy, powierzchnia ożaglowania 74 m2
Trasa
rejsu (odwiedzone porty): Gdańsk - Hel - Ronne - Ystad -
Falsterbokanal - Kopenhaga - Allinge - Svaneke - Łeba - Gdańsk.
Przebytych
mil morskich: 559
Godzin
pływania: 174,5 (w tym 134,5 pod żaglami i 40 na silniku)
Idea tego
rejsu powstała już ponad rok wcześniej, ale ze względu na problemy z
wyczarterowaniem odpowiednio dużego jachtu za odpowiednio przystępną cenę na
realizację przyszło trochę poczekać. Na początku było szkolenie: obozy
żeglarskie, które WKŻ Pasat organizuje co roku i kursy wiosenne. Ludzie
kończący kursy często pojawiali się na naszej przystani w Pieczyskach,
niektórzy zapisywali się do Klubu, a młodzież przyjeżdżała na kolejne obozy, by
po uzyskaniu patentu pływać pod szyldem Pasatu w rejsach po Zalewie Koronowskim
klubowymi jachtami. Tak też trafili do nas uczestnicy tego rejsu. Znalazło się
kilku młodych członków i sympatyków Pasatu, którzy zapragnęli posmakować
żeglarstwa morskiego i zdobyć pierwsze szlify w dążeniu do uzyskania stopnia
sternika jachtowego. Po początkowych problemach kapitan Krzysztof Laskowski,
który zgodził się dowodzić rejsem zdołał wyczarterować jacht. Dzięki
uprzejmości armatora - Yacht Clubu Morskiego Columbus ze Świecia, któremu
składamy serdeczne podziękowania, na przystępnych warunkach udostępniono nam na
dwa tygodnie stalowy szkuner sztakslowy „Dar Świecia". Od jesieni ubiegłego
roku zaczęliśmy planować rejs i pełną obsadę. Docelowym portem była stolica
Danii - Kopenhaga. Już w styczniu
wszystkie miejsca w załodze były zarezerwowane. W rejsie udział biorą:
Kap. j.
Krzysztof Laskowski - kapitan
St. j. Mariusz Sulewski - I oficer
J. st. m. Jan Kromski - II oficer
Ż.j. Adrianna
Czajkowska
Ż.j. Michał
Ciborski „Ciby"
Ż.j. Piotr
Gomoła „Gomez"
Ż.j. Marcin
Łażewski
Ż.j. Ignacy
Marzecki
Ż.j. Michał
Mendyk „Czołg"
Wszyscy poza
kadrą oficerską pierwszy raz na morzu i wszyscy wyszkoleni na obozach i kursach
WKŻ Pasat. Średnia wieku morskich neofitów 17-18 lat. Ostatnie tygodnie przed
rejsem, to dla większości gorączkowe przygotowania: jak się wyposażyć, jakie
dokumenty trzeba mieć przy sobie, jaką walutę, prowiant, ubezpieczenia i wiele,
wiele innych drobiazgów oczywistych dla tych, którzy po morzach pływają od lat,
ale nie dla tych, którzy wybierają się w swój pierwszy rejs.
No i nastał
pierwszy dzień. Krótko po godzinie 9.00 wszyscy uczestnicy stawili się w porcie
w Górkach Zachodnich. Wybrzeże przywitało nas piękną słoneczną pogodą. Bosman
sprawnie przekazał nam jacht i rozpoczęło się wielkie pakowanie. Ku wielkiemu
zdziwieniu góra bagaży znikła z kei we wnętrzu jachtu i jeszcze pozostało
miejsce dla uczestników. Krótkie szkolenie dotyczące zasad bezpieczeństwa,
używania pasów bezpieczeństwa, alarmów, i wychodzimy na Zatokę Gdańską. Wiatr
nam nie sprzyjał, mało że wiał słabo, to jeszcze w kierunków północnych, co
zmusiło nas do halsówki. Na szczęście z czasem wiatr wzmógł się i jacht nieco
nabrał prędkości. Około 20.00 osiągnęliśmy pierwszy port - Hel, gdzie
postanowiliśmy przenocować i poczekać na zapowiadany północno-wschodni wiatr.
Pierwsze wrażenia za nami i choć chwilami przechyły były spore, to chorobie
morskiej nikt się nie poddał.
Niedzielny
poranek przywitał nas pięknym słońcem i słabym wiatrem. Krótki spacer po Helu,
wizyta w fokarium i koło południa czas wyjść w morze. Wiatr rzeczywiście
odkręcił na korzystny kierunek i wiał z siłą 2-30 B. Płynęliśmy
wzdłuż Półwyspu Helskiego z zawrotną prędkością 3 węzłów, spokojne morze i
tylko jeden incydent zmącił sielską atmosferę na pokładzie. Załogant
zaznaczający pozycję na mapie poinformował ku zdziwieniu wszystkich na
pokładzie, że... znajdujemy się na
lądzie. Oczywiście wprawne oko oficera szybko „zepchnęło" jacht z mielizny i
poprawiona pozycja znalazła się na mapie. Wieczorem minęliśmy przylądek Rozewie
i skierowaliśmy się w stronę Bornholmu.
Cały
poniedziałek płynęliśmy dość jednostajnie na zachód stopniowo oddalając się od
polskiego wybrzeża. Po minięciu trawersu Wzgórza Rowokół traciliśmy kontakt
wzrokowy z krajem. W międzyczasie uczestnicy rejsu stopniowo wgłębiali się w
obsługę urządzeń pokładowych, zasady prowadzenia nawigacji i zapisów w
dzienniku jachtowym. Stosunkowo spokojne morze ułatwiało łagodną aklimatyzację
do morskich warunków. W wolnych chwilach na szerokim pokładzie rufowym zbierał
się klub miłośników gry w Rummy, taką odmianę Remika, w której zamiast kart
używa się plastikowych klocków. Świetna rozrywka na długie rejsowe godziny.
We wtorkowy
poranek ujrzeliśmy zarysy Bornholmu. Po drodze mijał nas żaglowiec Marynarki
Wojennej ORP Iskra, nie obyło się bez salutowania banderą. Zdecydowaliśmy, że
wchodzimy do Ronne. Dotarcie do stolicy wyspy zajęło nam pół dnia, podczas
którego wachty po kolei uczyły się obsługi szczotki do szorowania pokładu i
kokpitu. Zdziwiliśmy się że ten jacht może wyglądać o wiele lepiej niż na
początku rejsu przy użyciu zwykłej szczotki i odrobiny detergentu. Popołudniem
zacumowaliśmy w porcie jachtowym w Ronne. Udaliśmy się na pobliską plażę. To
nie może być Bałtyk! - tak większość uczestników rejsu zareagowała na
krystalicznie czystą wodę, która oprócz tego że czysta okazała się niestety być
niewiarygodnie zimna. Później wycieczka po urokliwym kilkunastotysięcznym
miasteczku, spokojne uliczki z ciekawą architekturą, małe sklepiki i kafejki,
galerie sztuki. Dla większości uczestników był to pierwszy kontakt z Danią i
Bornholmem w szczególności. Niestety wieczorna prognoza pogody pogorszyła nasze nastroje: zapowiadała
aktywny front i silne zachodnie wiatry przez kolejne dni. Gdyby się sprawdziła
mogłoby to poważnie zagrozić terminowemu dotarciu do Kopenhagi.
Poranek
przywitał nas przelotnym deszczem i zachodnim wiatrem o sile 5-6 0B.
Krótka narada załogi i decyzja: próbujemy. W południe wyszliśmy z portu na
rozkołysane wody zachodniego Bałtyku. Oczywiście halsówka, przechyły i coraz
większy rozkołys. To był test, mający pokazać kto już się zaaklimatyzował i nie
straszne mu trudniejsze warunki. Załoga zdała ten test. Poza pojedynczymi
przypadkami składania hołdów dla Neptuna
przez jednego z załogantów, który mimo tego mógł normalnie funkcjonować.
Nikt nie zapadł na cięższe odmiany choroby morskiej. Ignacemu i Marcinowi tak
spodobało się huśtanie, że ubrani na sztormowo zajęli miejsca obserwacyjne na
koszu dziobowym, gdzie byli systematycznie podmywani przez falę. Prawdziwej
odporności wymagała praca w kambuzie, ale tam już nie wszyscy chętnie się
pchali, a niektórzy przebywając tam przez chwilę przybierali dziwnie
nienaturalne barwy. Tutaj poza II oficerem - Jankiem znakomicie sprawdzili się
Marcin, „Ciby" i „Czołg" . Po drodze trzeba było przeciąć rutę, na której
niczym na Trasie Marszłkowskiej sunęły jeden za drugim kontenerowce, masowce i
tankowce. W obie strony. Przydał się jachtowy radar, a przede wszystkim
wzmożona obserwacja wachty nawigacyjnej.
Około 2.00 w
czwartek postanowiliśmy zawinąć na chwilę do Ystad. Zrobiliśmy sobie nocną
wycieczkę po tym portowym miasteczku (no może poza Ignacym, który z własnego
wyboru pełnił wachtę portową we własnej koi i niespecjalnie miał ochotę się z
nią rozstać). Wyszliśmy o 6.00 rano, ciężko było wstać, a westowa szóstka
jeszcze nie przestała wiać, więc czekał nas kolejny dzień halsówki w kierunku
Kanału Falsterbo. Cała załoga przyzwyczaiła się już do rozkołysu i przechyłów,
a wiatr stopniowo odkręcał dając możliwość płynięcia wzdłuż szwedzkiego
wybrzeża. Nudę zabijano pracami na pokładzie. Praktycznie każdy miał swój wkład
w to, że kolejne powierzchnie antypoślizgowe odzyskiwały oryginalny kolor.
Szczególne zasługi oddała tu wachta druga, czyli „Gomez" i „Czołg". Z kolei
Ignacy zabrał się za „glansowanie mosiądzów", dzięki czemu mosiężne knagi
zaczęły wyglądać prawie jak nówki. Popołudniem dopłynęliśmy w okolice
Trelleborga, gdzie trzeba było zachować ostrożność z uwagi na duży ruch promów.
W końcu ujrzeliśmy wejście do Kanału Falsterbo. Żagle w dół i korzystając z
„dieselgrota" pokonujemy kanał. Po przepłynięciu zwodzonego mostu zacumowaliśmy
w pobliskiej marinie i poszliśmy na krótki spacer po okolicy.
Po drodze
napotkaliśmy niezliczone roje małych muszek. Do historii lingwistyki stosowanej
przejdzie przypadek „Gomeza", który w trzech znanych sobie językach próbował
dowiedzieć się od tubylców jak trafić na pocztę. Problem polegał na tym że
używał trzech języków jednocześnie, a w dodatku jakby na złość żaden z tych
języków nie był językiem szwedzkim. Po powrocie na jacht mieliśmy okazję
podziwiać niecodzienne widowisko: o zachodzie słońca wzdłuż widocznego z mariny
olbrzymiego mostu łączącego szwedzkie Malmo z duńską Kopenhagą rozbłysły
efektowne fajerwerki. Od miejscowych dowiedzieliśmy się że to z okazji 10-lecia
funkcjonowania tego arcydzieła sztuki inżynierskiej.
W piątkowy
poranek przy dość silnym południowym wietrze na samym grocie wyruszyliśmy do
Kopenhagi. Po drodze mijaliśmy olbrzymią farmę wiatrową na środku Oresundu,
potem wzdłuż mostu, którego ogrom mogliśmy podziwiać dopiero z bliska sunęliśmy baksztagiem ku duńskiej stolicy.
Nawigowanie w tym rejonie wymaga sporej koncentracji, pławy torowe, znaki
kardynalne, stawy, spory ruch statków - to musiało robić wrażenie na tych ,
którzy pierwszy raz widzą coś takiego. No i niezapomniane wrażenia - samoloty
podchodzące do lądowania na Kopenhaskim lotnisku Kastrup w odstępach dokładnie
jednominutowych. Wydawało nam się że zahaczą o nasze maszty, ale oczywiście
było to tylko wrażenie. Zwiedzanie
Kopenhagi zaczęliśmy od opłynięcia kanałów portowych. Z wody to hanzeatyckie
miasto wygląda naprawdę okazale. Popołudniem zacumowaliśmy w marinie Langelinie
położonej w pobliżu słynnej kopenhaskiej Syrenki. Niestety nie dane było nam
zobaczyć syrenki na żywo, gdyż została przewieziona na światową wystawę Expo, a
w miejscu oryginału stał telebim pokazujący na żywo Syrenkę w ... Chinach.
Wieczorem na kończącego akurat w ten dzień okrągłe osiemnaście lat „Czołga"
czekała niespodzianka: stylowy tort urodzinowy z osiemnastoma „świeczkami"
autorstwa Ady i Marcina. Urodzinowa impreza na niewielkim jachcie może nie
przypominała wieczoru w klubie, ale też było nieźle. W sumie to szkoda że nie
mogliśmy przesiąść się choć na chwilę na stojący nieopodal m/y Octopus - szósty
pod względem wielkości jacht motorowy świata - taki pływający prywatny hotel
wielkości niedużego promu, no ale cóż solenizant nie rozdał nam wejściówek.
Sobota, to
dzień zwiedzania miasta i robienia zakupów. No tak w tym żeglarstwie to jednak
najbardziej bolą nogi, a upał coraz mocniej dawał się we znaki, ale widok z
wieży kościelnej po pokonaniu ponad 400 schodów - bezcenny - Kopenhaga w całej
okazałości u naszych stóp. Wieczorem
wizyta na Nyhavn, gdzie po całodziennym upale orzeźwiły nas chłodzące
napoje zakupione w Havnekiosken. I ten niepowtarzalny klimat, te tłumy ludzi z
różnych stron świata, mówiących różnymi językami.
Niedzielne
przedpołudnie, to zajęcia w podgrupach - bieganie po centrum, zmiana warty
przed Pałacem Królewskim (nieco mniej okazała niż w Londynie) i męczący upał.
Po obiedzie wychodzimy w morze. Cel - powrót do Kanału Falsterbo. Dopiero po
wypłynięciu z miasta temperatura robi się znośna, ale ze względu na słaby wiatr
jeszcze długo podpieramy się silnikiem. Wieczorem Polskie radio podało
oczekiwane z ciekawością wyniki drugiej tury wyborów prezydenckich. Do kanału
dopłynęliśmy około 22.30. Niestety było to pół godziny po ostatnim planowym
otwarciu mostu nad kanałem, co zmusiło nas do przeczekania nocy w porcie.
W
poniedziałkowy poranek wyruszyliśmy wzdłuż szwedzkiego wybrzeża w kierunku
Bornholmu. Piękna słoneczna pogoda i ciepły południowo-zachodni wiatr o sile
3-40B powodowały iście plażową żeglugę. Co niektórzy nieźle się
spiekli. Pod wieczór jednak niebo zaczęło się chmurzyć. Gdy po raz drugi
przechodziliśmy „Trasę Marszałkowską" dla statków już każdy wiedział jak ocenić
niebezpieczeństwo zderzenia na wodzie. Przed nami wysokie klify Bornholmu i
wznoszące się nad nimi ruiny zamku Hammershus, za nami gęstniejące chmury i
doganiający nas słaby deszcz. Płyniemy w kierunku stojącej na skalnym przylądku
latarni Hammerodde. Po północy mijamy przylądek i kierujemy się do portu w
miasteczku Allinge.
Wtorkowy
poranek przywitał nas chłodem i silnym zachodnim wiatrem. Spacer po Allinge i
niespodzianka - północne wybrzeże Bornholmu jest zupełnie inne niż to znane z
Ronne. Skały i wydrążone w nich niewielkie zatłoczone porciki. Korzystając z
miejscowych marketów uzupełniamy braki w jachtowej spiżarni i pełną prędkością
dochodzącą do 7 węzłów płyniemy w kierunku Christianso. Postanowiliśmy opłynąć
wyspę - twierdzę , jednak bez zawijania do portu. Wrażenie jest niesamowite:
skaliste brzegi dwóch małych wysepek połączonych kładką wzmocnione są murami
obronnymi, na których rozstawione są dziesiątki dział. Ci Szwedzi to faktycznie
łatwo nie mieli jak próbowali zdobywać wyspę. Nad całością góruje wieża dawnej
twierdzy przerobiona na latarnię morską. Wewnątrz portu tak ciasno, że nawet gdybyśmy chcieli, to nie było gdzie
zaparkować naszego ponad trzynastometrowego „pancernika". Skierowaliśmy się na
południe w kierunku Svaneke. Wiatr chwilami jeszcze przybierał na sile, co
powodowało że płynąc półwiatrem rozpędziliśmy się do 8 węzłów. Dotarcie do
Svaneke zajęło nam około 1,5 godziny. Port był podobnie zatłoczony jak na
Christianso, więc sporo czasu zajęło nam znalezienie bezpiecznego sposobu
zacumowania.
Svaneke to
miejscowość typowo turystyczna, na uliczkach spotkać można sporo naszych
rodaków. Oczywiście wybraliśmy się na spacer po urokliwym miasteczku: wystawy,
artystyczna huta szkła, czy wytwórnia cukierków, gdzie można obejrzeć od
początku do końca cały proces produkcji, czy ciekawy ewangelicki kościół, to
tylko niektóre z odwiedzonych przez nas miejsc. Nie sposób było odmówić sobie
przyjemności skosztowania wędzonych ryb w jednej z najbardziej znanych wędzarni
na całym Bornholmie. Wieczór spędziliśmy oglądając telewizję w portowej
świetlicy, do której każdy płacący za postój jachtu ma prawo wstępu. Z resztą
Svaneke odwiedzałem zawsze z przyjemnością gdy byłem w rejonie Bornholmu, a
miejscowy Bosman, który zawsze jest przyjaźnie nastawiony naszą kolejną (choć pierwszy
raz tak dużym jachtem) wizytę w Svaneke uhonorował zwolnieniem nas z opłaty za
postój.
Środowe
przedpołudnie spędziliśmy chodząc po Svaneke, a po obiedzie wypłynęliśmy ku brzegom ojczystym - kierunek
Łeba. Pod wieczór zachodni wiatr zaczął tężeć i wiało 6 0B. Na otwartym morzu objawiało się to sporym
rozkołysem i latającymi po wnętrzu
jachtu ruchomymi elementami wyposażenia. Ale tym razem załoga była już
uodporniona na morskie bujanie. W nocy musieliśmy uważać na słynne akweny
nawigacyjne nr 6 i 6a, na których odbywały się manewry wojskowe.
Gdy wstał świt
płynęliśmy już wzdłuż polskiego wybrzeża systematycznie się do niego zbliżając.
Wreszcie byliśmy w zasięgu polskiej telefonii. Około południa zacumowaliśmy w
największej chyba marinie jachtowej wzdłuż polskiego wybrzeża w Łebie. Miasto
przywitało nas upalną pogodą. Korzystając z okazji odwiedziliśmy świetnie
wyposażony sklep żeglarski, po czym udaliśmy się na dłuższy spacer do centrum.
Szkoda, że piękna marina powstała tak daleko od centrum miasta. Wieczór
spędziliśmy na słuchaniu szant w portowej tawernie i dyskusjach o kończącym
się rejsie.
W piątkowy poranek udaliśmy się w ostatni etap rejsu
- do Górek Zachodnich. Wiatr był słaby, więc jacht leniwie pokonywał kolejne mile po gładkiej tafli morza.
Najdłużej trwało tradycyjnie minięcie Rozewia, do którego dotarliśmy pod
wieczór. Wiatr mało jeszcze osłabł, i w
dodatku zaczął kręcić. Przez czterogodzinną wachtę upłynęliśmy całe 2 mile. Nad
ranem wobec braku widocznych oznak poprawy warunków wietrznych przeszliśmy na
napęd mechaniczny, z pomocą którego przed południem dotarliśmy do macierzystego
portu.
Pozostało
tylko sklarować jacht (bosman był pod wrażeniem), uzupełnić formalności
(dziennik jachtowy, opinie - rzecz jasna pozytywne, wpisy do książeczek) i
wyokrętować się. Wszyscy uczestnicy rejsu twierdzili i twierdzą nadal, że gdyby
tak ktoś przyszedł i zapytał: stary, czy masz czas, to oczywiście płyną w
kolejny rejs.
|