| Relacja z Młodzieżowego Rejsu Morskiego |
|
|
|
| Wpisał: Mariusz Sulewski | |
| 13.11.2010. | |
|
W dniach: 26.06 2010 - 10.07.2010 odbył się I Młodzieżowy Rejs Morski Kopenhaga 2010. Jacht: s/y Dar Świecia PZ-2317, szkuner sztakslowy, powierzchnia ożaglowania 74 m2 Trasa rejsu (odwiedzone porty): Gdańsk - Hel - Ronne - Ystad - Falsterbokanal - Kopenhaga - Allinge - Svaneke - Łeba - Gdańsk.
Przebytych mil morskich: 559 Godzin pływania: 174,5 (w tym 134,5 pod żaglami i 40 na silniku)
Idea tego
rejsu powstała już ponad rok wcześniej, ale ze względu na problemy z
wyczarterowaniem odpowiednio dużego jachtu za odpowiednio przystępną cenę na
realizację przyszło trochę poczekać. Na początku było szkolenie: obozy
żeglarskie, które WKŻ Pasat organizuje co roku i kursy wiosenne. Ludzie
kończący kursy często pojawiali się na naszej przystani w Pieczyskach,
niektórzy zapisywali się do Klubu, a młodzież przyjeżdżała na kolejne obozy, by
po uzyskaniu patentu pływać pod szyldem Pasatu w rejsach po Zalewie Koronowskim
klubowymi jachtami. Tak też trafili do nas uczestnicy tego rejsu. Znalazło się
kilku młodych członków i sympatyków Pasatu, którzy zapragnęli posmakować
żeglarstwa morskiego i zdobyć pierwsze szlify w dążeniu do uzyskania stopnia
sternika jachtowego. Po początkowych problemach kapitan Krzysztof Laskowski,
który zgodził się dowodzić rejsem zdołał wyczarterować jacht. Dzięki
uprzejmości armatora - Yacht Clubu Morskiego Columbus ze Świecia, któremu
składamy serdeczne podziękowania, na przystępnych warunkach udostępniono nam na
dwa tygodnie stalowy szkuner sztakslowy „Dar Świecia". Od jesieni ubiegłego
roku zaczęliśmy planować rejs i pełną obsadę. Docelowym portem była stolica
Danii - Kopenhaga. Już w styczniu
wszystkie miejsca w załodze były zarezerwowane. W rejsie udział biorą:
Kap. j. Krzysztof Laskowski - kapitan St. j. Mariusz Sulewski - I oficer J. st. m. Jan Kromski - II oficer Ż.j. Adrianna Czajkowska Ż.j. Michał Ciborski „Ciby" Ż.j. Piotr Gomoła „Gomez" Ż.j. Marcin Łażewski Ż.j. Ignacy Marzecki Ż.j. Michał Mendyk „Czołg"
No i nastał pierwszy dzień. Krótko po godzinie 9.00 wszyscy uczestnicy stawili się w porcie w Górkach Zachodnich. Wybrzeże przywitało nas piękną słoneczną pogodą. Bosman sprawnie przekazał nam jacht i rozpoczęło się wielkie pakowanie. Ku wielkiemu zdziwieniu góra bagaży znikła z kei we wnętrzu jachtu i jeszcze pozostało miejsce dla uczestników. Krótkie szkolenie dotyczące zasad bezpieczeństwa, używania pasów bezpieczeństwa, alarmów, i wychodzimy na Zatokę Gdańską. Wiatr nam nie sprzyjał, mało że wiał słabo, to jeszcze w kierunków północnych, co zmusiło nas do halsówki. Na szczęście z czasem wiatr wzmógł się i jacht nieco nabrał prędkości. Około 20.00 osiągnęliśmy pierwszy port - Hel, gdzie postanowiliśmy przenocować i poczekać na zapowiadany północno-wschodni wiatr. Pierwsze wrażenia za nami i choć chwilami przechyły były spore, to chorobie morskiej nikt się nie poddał.
Cały poniedziałek płynęliśmy dość jednostajnie na zachód stopniowo oddalając się od polskiego wybrzeża. Po minięciu trawersu Wzgórza Rowokół traciliśmy kontakt wzrokowy z krajem. W międzyczasie uczestnicy rejsu stopniowo wgłębiali się w obsługę urządzeń pokładowych, zasady prowadzenia nawigacji i zapisów w dzienniku jachtowym. Stosunkowo spokojne morze ułatwiało łagodną aklimatyzację do morskich warunków. W wolnych chwilach na szerokim pokładzie rufowym zbierał się klub miłośników gry w Rummy, taką odmianę Remika, w której zamiast kart używa się plastikowych klocków. Świetna rozrywka na długie rejsowe godziny.
Poranek
przywitał nas przelotnym deszczem i zachodnim wiatrem o sile 5-6 0B.
Krótka narada załogi i decyzja: próbujemy. W południe wyszliśmy z portu na
rozkołysane wody zachodniego Bałtyku. Oczywiście halsówka, przechyły i coraz
większy rozkołys. To był test, mający pokazać kto już się zaaklimatyzował i nie
straszne mu trudniejsze warunki. Załoga zdała ten test. Poza pojedynczymi
przypadkami składania hołdów dla Neptuna
przez jednego z załogantów, który mimo tego mógł normalnie funkcjonować.
Nikt nie zapadł na cięższe odmiany choroby morskiej.
Około 2.00 w
czwartek postanowiliśmy zawinąć na chwilę do Ystad. Zrobiliśmy sobie nocną
wycieczkę po tym portowym miasteczku (no może poza Ignacym, który z własnego
wyboru pełnił wachtę portową we własnej koi i niespecjalnie miał ochotę się z
nią rozstać). Wyszliśmy o 6.00 rano, ciężko było wstać, a westowa szóstka
jeszcze nie przestała wiać, więc czekał nas kolejny dzień halsówki w kierunku
Kanału Falsterbo. Cała załoga przyzwyczaiła się już do rozkołysu i przechyłów,
a wiatr stopniowo odkręcał dając możliwość płynięcia wzdłuż szwedzkiego
wybrzeża. Nudę zabijano pracami na pokładzie. Praktycznie każdy miał swój wkład
w to, że kolejne powierzchnie antypoślizgowe odzyskiwały oryginalny kolor.
Szczególne zasługi Po drodze napotkaliśmy niezliczone roje małych muszek. Do historii lingwistyki stosowanej przejdzie przypadek „Gomeza", który w trzech znanych sobie językach próbował dowiedzieć się od tubylców jak trafić na pocztę. Problem polegał na tym że używał trzech języków jednocześnie, a w dodatku jakby na złość żaden z tych języków nie był językiem szwedzkim. Po powrocie na jacht mieliśmy okazję podziwiać niecodzienne widowisko: o zachodzie słońca wzdłuż widocznego z mariny olbrzymiego mostu łączącego szwedzkie Malmo z duńską Kopenhagą rozbłysły efektowne fajerwerki. Od miejscowych dowiedzieliśmy się że to z okazji 10-lecia funkcjonowania tego arcydzieła sztuki inżynierskiej.
W piątkowy
poranek przy dość silnym południowym wietrze na samym grocie wyruszyliśmy do
Kopenhagi. Po drodze mijaliśmy olbrzymią farmę wiatrową na środku Oresundu,
potem wzdłuż mostu, którego ogrom mogliśmy podziwiać dopiero z bliska sunęliśmy baksztagiem ku duńskiej stolicy.
Nawigowanie w tym rejonie wymaga sporej koncentracji, pławy torowe, znaki
kardynalne, stawy, spory ruch statków - to musiało robić wrażenie na tych ,
którzy pierwszy raz widzą coś takiego. No i niezapomniane wrażenia - samoloty
podchodzące do lądowania na Kopenhaskim lotnisku Kastrup w odstępach dokładnie
jednominutowych. Wydawało nam się że zahaczą o nasze maszty, ale oczywiście
było to tylko wrażenie.
Sobota, to
dzień zwiedzania miasta i robienia zakupów. No tak w tym żeglarstwie to jednak
najbardziej bolą nogi, a upał coraz mocniej dawał się we znaki, ale widok z
wieży Niedzielne przedpołudnie, to zajęcia w podgrupach - bieganie po centrum, zmiana warty przed Pałacem Królewskim (nieco mniej okazała niż w Londynie) i męczący upał. Po obiedzie wychodzimy w morze. Cel - powrót do Kanału Falsterbo. Dopiero po wypłynięciu z miasta temperatura robi się znośna, ale ze względu na słaby wiatr jeszcze długo podpieramy się silnikiem. Wieczorem Polskie radio podało oczekiwane z ciekawością wyniki drugiej tury wyborów prezydenckich. Do kanału dopłynęliśmy około 22.30. Niestety było to pół godziny po ostatnim planowym otwarciu mostu nad kanałem, co zmusiło nas do przeczekania nocy w porcie.
Wtorkowy
poranek przywitał nas chłodem i silnym zachodnim wiatrem. Spacer po Allinge i
niespodzianka - północne wybrzeże Bornholmu jest zupełnie inne niż to znane z
Ronne. Skały i wydrążone w nich niewielkie zatłoczone porciki. Korzystając z
miejscowych marketów uzupełniamy braki w jachtowej spiżarni i pełną prędkością
dochodzącą do 7 węzłów płyniemy w kierunku Christianso. Postanowiliśmy opłynąć
wyspę - twierdzę , jednak bez zawijania do portu. Wrażenie jest niesamowite:
skaliste brzegi dwóch małych wysepek połączonych kładką wzmocnione są murami
Svaneke to miejscowość typowo turystyczna, na uliczkach spotkać można sporo naszych rodaków. Oczywiście wybraliśmy się na spacer po urokliwym miasteczku: wystawy, artystyczna huta szkła, czy wytwórnia cukierków, gdzie można obejrzeć od początku do końca cały proces produkcji, czy ciekawy ewangelicki kościół, to tylko niektóre z odwiedzonych przez nas miejsc. Nie sposób było odmówić sobie przyjemności skosztowania wędzonych ryb w jednej z najbardziej znanych wędzarni na całym Bornholmie. Wieczór spędziliśmy oglądając telewizję w portowej świetlicy, do której każdy płacący za postój jachtu ma prawo wstępu. Z resztą Svaneke odwiedzałem zawsze z przyjemnością gdy byłem w rejonie Bornholmu, a miejscowy Bosman, który zawsze jest przyjaźnie nastawiony naszą kolejną (choć pierwszy raz tak dużym jachtem) wizytę w Svaneke uhonorował zwolnieniem nas z opłaty za postój. Środowe przedpołudnie spędziliśmy chodząc po Svaneke, a po obiedzie wypłynęliśmy ku brzegom ojczystym - kierunek Łeba. Pod wieczór zachodni wiatr zaczął tężeć i wiało 6 0B. Na otwartym morzu objawiało się to sporym rozkołysem i latającymi po wnętrzu jachtu ruchomymi elementami wyposażenia. Ale tym razem załoga była już uodporniona na morskie bujanie. W nocy musieliśmy uważać na słynne akweny nawigacyjne nr 6 i 6a, na których odbywały się manewry wojskowe. Gdy wstał świt płynęliśmy już wzdłuż polskiego wybrzeża systematycznie się do niego zbliżając. Wreszcie byliśmy w zasięgu polskiej telefonii. Około południa zacumowaliśmy w największej chyba marinie jachtowej wzdłuż polskiego wybrzeża w Łebie. Miasto przywitało nas upalną pogodą. Korzystając z okazji odwiedziliśmy świetnie wyposażony sklep żeglarski, po czym udaliśmy się na dłuższy spacer do centrum. Szkoda, że piękna marina powstała tak daleko od centrum miasta. Wieczór spędziliśmy na słuchaniu szant w portowej tawernie i dyskusjach o kończącym się rejsie.
W piątkowy poranek udaliśmy się w ostatni etap rejsu
- do Górek Zachodnich. Wiatr był słaby, więc jacht leniwie pokonywał kolejne mile po gładkiej tafli morza.
Pozostało
tylko sklarować jacht (bosman był pod wrażeniem), uzupełnić formalności
(dziennik jachtowy, opinie - rzecz jasna pozytywne, wpisy do książeczek) i
wyokrętować się. Wszyscy uczestnicy rejsu twierdzili i twierdzą nadal, że gdyby
tak ktoś przyszedł i zapytał: stary, czy masz czas, to oczywiście płyną w
kolejny rejs.
|
|
| Zmieniony ( 14.11.2010. ) |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.